Podzwonne dla Instytutu debiutancką powieścią Bartosza Popadiaka
Wpisany przez Zbigniew Piotr Kotarba    piątek, 27 grudnia 2019 09:30    PDF Drukuj Email

Miło mi zakomunikować wszystkim Czytelnikom portalu, że kilka tygodni temu nakładem wydawnictwa „Instytut Literatury” ukazała się debiutancka powieść naszego stałego współpracownika, Bartosza Popadiaka. Powieść, będąca nagrodą główną w I Ogólnopolskim Konkursie na Książkę Literacką pn. „Nowy Dokument Tekstowy” w kategorii epika, zabiera czytelnika do postapokaliptycznego świata, w którym ten, kto panuje nad językiem, dosłownie panuje nad rzeczywistością.



Kilka tygodni temu nakładem „Instytutu Literatury” ukazała się debiutancka powieść Bartosza Popadiaka. To prozaik, poeta, tłumacz młodego pokolenia. Jego utwory były przekładane na język ukraiński oraz rosyjski. Wielbiciel krain nieunijnych. Pochodzi z Nowej Huty, mieszka w Krakowie. W wolnych chwilach maluje. Jest także stałym współpracownikiem naszego portalu.

„Debiutancka powieść Bartosza Popadiaka zabiera czytelnika do postapokaliptycznego świata, w którym ten, kto panuje nad językiem, dosłownie panuje nad rzeczywistością.
Gdzieś na dalekim stepie, wtedy a wtedy lub kiedy indziej, działa Instytut. Prowadzi się w nim intensywne badania nad językiem Y, w którym drzemie niezwykła moc kształtowania rzeczywistości. Codzienność grona profesorskiego i podopiecznych zostaje zakłócona, gdy z Enklawy docierają wieści o nałożonej na Instytut kwarantannie. Mitrowicz, jeden z podopiecznych, wietrzy w tym okazję do małej rewolucji. Wkrótce odkryje, jaką rolę wyznaczono mu w tej opowieści…
Nagroda główna w I Ogólnopolskim Konkursie na Książkę Literacką „Nowy Dokument Tekstowy” w kategorii epika
Bartosz Popadiak bezlitośnie i konsekwentnie, z budzącą szczególny szacunek twórczą samoświadomością, analizuje w swej powieści dokładnie taki język, jaki nas zewsząd otacza, i to w jego najbardziej złowieszczych przejawach. Z jednej strony - jako rytuał wstępu do iluzo¬rycznego i cokolwiek demonicznego, ale przecież jak najbardziej realnego świata prawodawczej elity. Z drugiej - jako narzędzie kreowania ogłupiającej dyskursywnej nadrzeczywistości. Z trzeciej wreszcie - jako impuls wyzwalający nagą (klasową, kolonialną, metafizyczną - zawsze wszak nicestwiącą) przemoc”.
- z laudacji jury
A oto fragment powieści (…): „Wcześniej, kiedy powoli schodzono się do sali, Mitrowicz wkroczył do niej dziarsko, po czym gwizdnięciem przywoławszy do siebie kilku pierwszoroczniaków, zaczął przemeblowywać pomieszczenie. Z nieznanego bowiem powodu – choć refektarz był używany tylko w charakterze jadalni lub miejsca zebrań grona pedagogicznego – po każdym posiłku stoły wynoszono, a Nagy, z namaszczeniem typowym dla naukowca zdegradowanego do pozycji woźnego, zamykał pomieszczenie ogromnym pozłacanym kluczem.
Po Instytucie chodziły słuchy, że było to związane z przeprowadzaną przed laty w refektarzu serią kontrowersyjnych eksperymentów nad językiem Y, które miały odcisnąć na nim swoje lingwistyczne piętno. We wszystkich słuchach pojawiała się niezrozumiała dla samych opowiadających fraza o „zaburzeniach dysocjacyjno-lokacyjnych trzeciego stopnia”. Dlaczego w takim wypadku nie zdecydowano się na przeniesienie jadalni w inne miejsce i jaki charakter miały owe zaburzenia, nie było jasne. Istniało duże prawdopodobieństwo, że eksperyment trwa nadal, wkroczył jedynie na drugi etap, wymagający pełnej konfidencjonalności, a podopieczni, nie wiedząc o tym, stali się jego integralną częścią. Nie byłby to zresztą odosobniony przypadek w historii Instytutu.
Pomiędzy ustawieniem stołów a podaniem jedzenia przez służbę musiało się wydarzyć coś, co sprawiło, że cała energia i ożywienie Mitrowicza nagle zniknęły, ustępując miejsca rezygnacji i apatii. Może była to myśl o kwarantannie, która przecież towarzyszyła wszystkim podopiecznym w ciągu dnia pomimo ich wytężonych zajęć i która nagle o zmierzchu stanęła przed Mitrowiczem w całej swojej okazałości, „zrzucając przezroczyste pantofelki ze stóp i kocim ruchem podwijając rękawy białej koszuli”, jak pisał znany prozaik Y-języka w jednym ze swoich słynnych opowiadań.

alt

Nikt nie odważył się trącić Mitrowicza czy też przemówić do niego „najłagodniej w świecie, jak oddech puszczony po jeziorze w stronę ukochanej, co na drugim brzegu stoi” (ibidem). Pozostawiono go sam na sam z jego demonami oraz talerzem ziemniaczanej papki, który z rozmachem postawiła przed nim tłusta Ingrid, służąca z pobliskiej wsi, od niepamiętnych czasów usługująca w refektarzu.
Kiedy grono pedagogiczne wkroczyło do sali, rozmowy ucichły z dźwiękiem podobnym do tego, jaki wydaje rozcinana nożem flaga Enklawy. Jak zwykle na początku pochodu kroczył Wieczny Zastępca, jedyny niezwrócony po aktorsku w stronę sali, przez co większość z podopiecznych znała jedynie jego profil oraz nienaturalnie długi i ostry cień. Tuż za nim dreptali: profesor Triochgubow z łagodnym uśmiechem i szeroko rozłożonymi ramionami, wyrażającymi ni to opiekuńczość, ni to bezradność; korpulentni bliźniacy syjamscy Voight & Kampff, kłaniający się skromnie łysymi głowami na bok, bo na ukłon do przodu nie pozwalała im fizjonomia; madame Pontpou w czarnym wyciągniętym golfie, zasłaniającym srebrną szramę na jej zasuszonej szyi; oraz wielebny Attis, jak zawsze muskularny i czarujący.
Pochód wykładowców – żywcem wydarty z największych kart Y-literatury, której badaniem wielu z nich się przecież zajmowało na tak zwanej niwie zawodowej, zgodnie z zasadą osmozy przejmując niektóre jej cechy – w zupełnej ciszy ustawił się wzdłuż stołu, dygnął lekko przed salą i szurając krzesłami, zasiadł do jedzenia.
Prawie natychmiast wybuchły gwar ożywionych rozmów, na razie wolnych jeszcze od niepokoju, rytmiczne pobrzękiwanie sztućców i inne, niezupełnie zrozumiałe dla podopiecznych dźwięki. Większość z nich była prawdopodobnie wstawianymi tu i ówdzie w rozmowę – jak przystało na ludzi kultury i nauki w naszym wieku – cytatami z wielkiej Y-literatury, powiedzeniami, aforyzmami, a nawet zabawnymi fraszkami. Wśród tych ostatnich szczególnie przodował profesor Triochgubow, którego broda, pełna rubinowego kawioru, trzęsła się gwałtownie przy ich recytowaniu.

alt

Czasem dźwięki Y-języka przypominały te znane z innych językowych rzeczywistości, a nawet całe ich serie. Wśród nich podopieczni mogli rozpoznać między innymi: 1) zgrzyt płonącego pociągu wjeżdżającego na stację, który wprawił w drżenie kryształy napełnione czerwonym winem (Pontpou); 2) słowicze trele, raz po raz rozlegające się w różnych miejscach stołu, przy okazji rzucające na nie punktowe światło (Voight & Kampff); 3) ciszę zapadłą po narodzinach dziecka, będącą przeciwieństwem pierwszego płaczu i zwykle zwiastującą jego śmierć (wielebny Attis).
Dla postronnego obserwatora – a tacy zdarzali się przynajmniej raz do roku, kiedy to z Enklawy przylatywał helikopterem rewizor Frandlein, aby przeprowadzić standardową inspekcję Instytutu – w tej jakże jaskrawej i karnawałowej scenie nie byłoby zapewne nic dziwnego, gdyby nie maleńki szczegół, maleńka rysa na krysztale ogólnej świątecznej atmosfery, towarzyszącej niemal wszystkim wieczerzom w Instytucie, przynajmniej po pedagogicznej stronie refektarza."

Źródło tekstu: Bartosz Popadiak, Podzwonne dla Instytutu, „Instytut Literatury”, 2019 r.



Poprawiony ( niedziela, 12 stycznia 2020 16:43 )